23 kwietnia 2010. Kolega Przemek odchodzi z pracy... jak to w naszym pięknym kraju – pożegnanie.
– Idź, idź, ja to nigdy nie urodzę – powiedziala żona pomiędzy jednym machnięciem łyżki a drugim. Robi tort na urodziny Wojciecha.
No to idę.
Wpadam do Przema. Szklana, jeden łyczek, gadu-gadu, drugi łyczek, papierosek, trzeci łyczek... telefon:
– To chyba już, przyjeżdżaj!
Więc wsiadam w takse i ogień. Jako, że spożyłem trzy łyki, prowadzić nie mogę a do szpitala trzeba się jakos dostać. Więc telefon do Jarosława i Magdaleny:
– To już, wspomóżcie
W szpitalu żonę pooglądali, pobadali...
– Pani zostaje, a pan niech jedzie do domu, dzisiaj się już nic nie wydarzy.
Więc jadę
Wpadam rano, uff nie ma Zofina. No to czekamy, przy okazji odkryłem, że moja żona jest swięta, tylu wersji rozwojowych Jezusa i Najswiętszej panienki jeszcze nie słyszałem... i tak do 18.05
...
...
24 kwietnia 2010, godz.18.05 – Jest Zofin (łypnęła okiem, chyba lewym)
Dzień dobry kochany, witaj na swiecie!
CAŁE ŻYCIE PRZED NIĄ